przez blogerów dla blogerów
RSS
środa, 08 maja 2013

Korzystając z gościnnych łamów Blogofilii, chciałabym opowiedzieć o swoim blogu i blogowaniu. O tym, jak było, dlaczego zakończyłam przygodę z blogiem i dlaczego warto czasami zamknąć bloga - nawet jeśli ma się jeszcze niejedno do powiedzenia.

Ale zacznijmy od początku. Nazywam się Morven i jestem blogoholiczką. Aktualnie w trakcie terapii odwykowej, która zresztą odnosi sukces, ponieważ nie bloguję już od prawie 2 lat. Mój blog szafiarski powstał pięć lat temu, zanim jeszcze szał na wirtualne szafy opanował całą Polskę. Równolegle wystartowały blogi Alicepoint, Styledigger, Aife, Vintage Girl - tak, to była bardzo inspirująca wiosna :-) Skutek? Wbrew pozorom - istotny. Blogi szafiarskie naprawdę zmieniły nasz świat. Zauważyliście, że dziś określamy siebie przy pomocy mody? Jestem przekonana, że stałoby się to znacznie później - gdyby nie blogi. Pamiętam czasy, kiedy - gdy chciało się czegoś więcej o kimś dowiedzieć - pytało się go "Czego słuchasz?". Dziś muzyka nie określa nas już do tego stopnia - witajcie w epoce obrazkowej! Dziś, chcąc kogoś poznać, po prostu ocenia się go po sposobie ubierania. Moda jest dzisiejszym odpowiednikiem "słuchania". Nie na darmo mówi się, że jeden obraz jest wart tyle, co tysiąc słów. Oraz tysiąc dźwięków.

Dlaczego zatem odeszłam z barwnego świata blogów, sponsorowanych konkursów, wywiadów, darmowych ciuchów, szafiarskich zlotów?

Najprostsza odpowiedź brzmi: ponieważ urodziłam dziecko i przestałam mieć czas na blogowanie.

Druga prosta odpowiedź brzmi - bo byłam kiepska. I w tym też jest trochę prawdy. To był zupełnie inny blog niż te wymienione przeze mnie powyżej, nie wspominając już o tych blogach, które popularne są teraz. Od początku do końca był poświęcony raczej ubieraniu niż modzie. Polegał raczej na spontanicznej zabawie niż profesjonalnym podejściu do blogowania. Raczej na poszukiwaniu i kształtowaniu się stylu niż na jego prezentowaniu. Raczej na stawaniu się kimś niż na byciu kimś. Nigdy nie miałam stylu - zbyt lubię się zmieniać, aby coś takiego mieć. Wszystko, co pokazywałam na blogu, było bardzo moje, ale jeśli miało jakikolwiek wspólny mianownik, to tylko jeden - było świadome. Wszystko, co na siebie zakładałam, nie musiało być w klasyczny sposób "ładne", ale wynikało z głębokiego przemyślenia. Niewiele w tym było konsekwencji. Nie miałam jednego pomysłu na siebie - miałam codziennie sto tysięcy pomysłów i uwielbiałam to, nawet jeśli mnie za to krytykowano. Część moich czytelników nie kupiła tej formuły. Mój blog był po prostu studium procesu, a takie rzeczy się "nie sprzedają". Nie zmienia to jednak faktu, że powolne dochodzenie do swojej modowej tożsamości było dla mnie niezwykle cenne. To, co wtedy zyskałam, mam do dziś i nikt mi tego nie odbierze. Mnóstwo się nauczyłam. Także dzięki wspomnianym wyżej czytelnikom - czasami bezlitosnym w swej krytyce, ale zawsze szczerym, spostrzegawczym i bystrym. Zmuszali mnie do myślenia i nieustannej weryfikacji własnych decyzji.

Trzecia odpowiedź jest bardziej skomplikowana.

Nastał w moim życiu czas, kiedy wspomniana powyżej "modowa tożsamość" była już gotowa, zahartowana w ekstremalnych warunkach, m.in. dzięki nieustannej ocenie. Podparła się na mocnych podstawach - świadomości siebie, konkretnych wartościach (takich np. jak konieczność wyboru, świadoma konsumpcja dóbr) i nowych doświadczeniach codzienności ("koniec z obcasami, przecież pcham wózek z dzieckiem"). Pozbyłam się z szafy większości ubrań, które kupiłam lub dostałam w czasach szafiarskich. Wszystkie te śliczniusie koronusie, falbanki, dziewczęce sukienki, pastele i inne neony - wszystko ma już nowe właścicielki i mam nadzieję, że dostarcza im dużo radości. Zostały ze mną tylko rzeczy najbardziej "moje", najtrwalsze i obiektywnie dobre. Rzeczy, które nie tracą wyglądu po drugim, trzecim, dziesiątym praniu. Jakoś tak się dziwnie składa, że sporo z nich pochodzi spoza sieciówek. Tiszert od Aife z Merry Meet Me, sukienka Wearso, sukienka z Hultaja Polskiego, koszulka Kuxido, płaszcz z Green Establishment, ręcznie robione torebki i inne dodatki z serwisów rękodzielniczych typu Wylęgarnia. Trochę prostych spódnic, prostych spodni. Tak niewiele ciuchów, a wybór jakby większy i dylematów mniej. Jestem wolna od nadmiaru. Wciąż noszę to samo i wciąż wyglądam inaczej. Mogłabym to obfotografowywać, ale... no właśnie. Czytelnicy preferują oglądanie nowych stylizacji, nowych rzeczy, nowych ciuchów. Nowych, nowych, nowych. Daj nam nowe obrazki, bo nas zanudzisz - wydaje się błagać statystyczny konsument blogosfery. Daj nam aktualizacje raz w tygodniu, a najlepiej jeszcze częściej.

Niestety, już nie mogę tego zaoferować. Te etap jest zakończony. Już się nie staję. Teraz JESTEM.

Kiedyś często zdarzało mi się kupować ubrania dlatego, że były piękne. Efektowny wzór tkaniny, ciekawy fason, niepowtarzalność... Co w tym złego, zapytacie. Właściwie nic, jeśli traktuje się ciuchy jako coś, co ma wartość poniekąd kolekcjonerską. Ale jeśli ubranie ma być czymś, co noszę, co jest ze mną zrośnięte, to muszę je rozpatrywać jako integralną część siebie, swojej osobowości i swojego ciała. Nie mogę kupić czegoś, co jest po prostu ciekawe, kolorowe, ale nie pasuje do mnie. Tak może kupować stylista, ale nie ktoś, kto robi zakupy dla siebie.

Wróćmy jednak do blogosfery. Jest też czwarty powód, dla którego zakończyłam prowadzenie bloga. Najmniej istotny powód, ale jednak jest.

Czy wy też macie wrażenie, że wybitne blogi przepadają w wirtualnych odmętach, a przeciętne lub dobre - tylko dobre, bez błysku geniuszu - odnoszą niewiarygodny sukces? To nie jest stuprocentowa reguła, ale jednak coś jest na rzeczy. Każdy ma tu pewnie w zanadrzu własne wyjaśnienie. Ja osobiście uważam, że na "rynku" blogów - zwłaszcza szafiarskich - w równym stopniu jak inteligencja czy dobre pomysły liczą się teraz uroda, odpowiednio młody wiek, umiejętność rywalizacji. Nie są to czynniki decydujące, ale sprzyjające. A ja? Cóż, nie mam w tej konkurencji szans. Zerknęłam na siebie krytycznie i aż się zaśmiałam. Mam sporo więcej niż 30 lat i nikt raczej nie pomyli mnie z nastolatką. W późniejszym wieku wygląda się gorzej. Nie, nie gorzej - inaczej. Nie ma to nic wspólnego z prowadzonym trybem życia. Nawet jeśli intensywnie uprawiasz jakiś sport i odżywiasz się zgodnie z ulubionym przez dietetyków reżimem, to nie ma siły, i tak trochę przytyjesz. W ten sposób tracisz swoją młodzieńczą fotogeniczność. Może i ktoś chciałby mnie oglądać, ale szyderczych komentarzy byłoby równie dużo. I chyba trzeba mieć skórę słonia, żeby wytrzymać wszystkie „życzliwe” uwagi typu "z tyłu liceum, z przodu muzeum". Puenta: jeśli chcesz mieć blog szafiarski i jesteś w tym dobra, to nie wystarczy ci to, aby odnieść sukces. Musisz jeszcze spełniać pewne dodatkowe warunki. W przeciwnym wypadku pozostaniesz na marginesie, wkładając w blogowanie dużo wysiłku i ciągle mając poczucie, że sobie a muzom śpiewasz. Chyba, że zaprzyjaźnisz się z panem Photoshopem – ale nie na tym to chyba polega?

Tak, jestem już muzeum, nie liceum. Świat glamour jest dla mnie teraz niczym więcej niż wyrzutem sumienia. Nigdy nie byłam jego częścią, ale dzięki blogowi trochę się z nim zetknęłam. Teraz miga kolorowymi światłami daleko za mną, jak iluminacje odległego, zamazanego miasta, które opuściłam tysiąc mil temu. Wystawiam jeszcze głowę przez szybę, zezuję, oglądam się. Próbuję go zatrzymać pod powiekami. Po raz tysięczny przywołuję zmysłami jego dźwięki, jego zapach - bo zostało tylko tyle. On już nie wróci. Wieści stamtąd wprawiają mnie w zakłopotanie.

Ale wiecie co, nie żałuję. Dobrze jest jak jest. Bo zyskałam coś ze względu na kolor zboża.*

P.S. Wciąż jeszcze spotykam w różnych miejscach - w sieci i poza siecią - osoby, które mnie czytały, pamiętają i rozpoznają. Wszystkim tym osobom przesyłam serdeczne pozdrowienia i zapewniam, że jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa. Jeszcze będę publikować - coś, gdzieś, kiedyś. Jestem tego pewna, bo pisanie to moja ulubiona forma wyrażania się, ale też relaksu, a niekiedy terapii. Ale fotki, jeśli się pojawią, to  raczej od wielkiego dzwonu ;-)

*Patrz: Antoine de Saint-Exupery, "Mały Książę".

 



wtorek, 27 listopada 2012

Jest ciężko. Dwa blogi to dla mnie za dużo na razie. Na szczęście jest co czytać u innych! Dziś kompiluję i polecam!

Już jakiś czas temu Tattwa napisała o największych banałach na temat mody. Uzbierała dziesięć, ale w komentarzach znajdziemy znacznie więcej. A propos "więcej"... Czy mniej zawsze znaczy więcej? Ta sama Tattwa próbuje rozwikłać zagadkę dekady, a mianowicie dlaczego szafiarki się dziwnie ubierają. Jeden i drugi tekst do wielokrotnego czytania.

Chyba wczoraj pojawił się na pewnym ambitnym portalu na "O" dość mało obiektywny tekst o szafiarkach. Szczerze mówiąc nie chciało mi się zabierać głosu w dyskusji na takim poziomie. Na szczęście Paweł Opydo okazał się bardziej opanowany i napisał, co sądzi o tym i owym. Dobrze zrobił.

O reklamach na blogach pisze się i mówi non stop. Moja Trawa nawołuje do zachowania trzeźwości umysłu.

A na koniec idealny tekst w przededniu świątecznej gorączki. Jak dobrze, że mamy w blogosferze Styledigger!

poniedziałek, 10 września 2012

Czyli kolejna porcja przemyśleń Moniki Davidovicz. Zgadzacie się z jej teorią?

Klasyfikowanie blogów o modzie jest ostatnio w modzie. Gefanka stworzyła sektory popularności blogerów, a Kapuczina podobno (wiem tylko z ploteczek na Polish Fashion Bloggers) wyróżniła blogi śmieciowe i bazowe podczas konferencji w Blue City. Większość podziałów i rankingów ma w sobie jakąś słuszność, ale uważam, że nie da się sklasyfikować wszystkich.

Ja postanowiłam nie robić podziału, ale wyróżnić dwie grupy cech, które charakteryzują dwie skrajnie różne grupy blogerek.  Roboczo nazwałam je problogerki i lanserki. Nie podaję przykładów, bo nie chcę się nikomu narażać, z resztą ciężko chyba w 100% być wzorcem jednej lub drugiej grupy.  Cechy, o których piszę, wyciągnęłam z czynionych od lat obserwacji blogów polskich i zagranicznych oraz stopni ich ewolucji. Dotyczą różnych aspektów blogowania, jeśli macie ochotę coś dodać – czekam na komentarze.

Problogerka pisze bloga, bo to jej pasja.

Lanserka pisze bloga, bo nie znalazła pracy na wakacje.

Problogerka jest wierna sobie, ma swój styl, którego konsekwentnie się trzyma.

Lanserka ubiera na siebie wszystko, co jest trendy z nadzieją, że przypodoba się szerszemu gronu odbiorców.

Problogerka nie musi mieć super aparatu, żeby zrobić dobre zdjęcia. Problogerka ma wyobraźnię.

Lanserka kupuje Canona 5d, ale fotki pstryka w trybie auto.

Problogerka nie ukrywa, że dostaje prezenty od firm. Wybiera z ich oferty to, co jest spójne z jej wizją bloga.

Lanserka zareklamuje wszystko, od prezerwatyw, przez lateksowy kostium Czerwonego Kapturka, po filtry do wody.

Problogerka jest wdzięczna za zaproszenia na eventy. Korzysta z nich w 100% – ogląda pokazy, nawiązuje znajomości, tworzy ciekawą fotorelację i szczerze komentuje wszystkie wydarzenia.

Lanserka pstryka masę fotek pod ścianką sponsorską, rzuca się na darmowe drinki (Harel, to nie o Tobie ^_^), a siedząc w pierwszym rzędzie na pokazie jest zbyt zajęta wrzucaniem zdjęć na Instagram żeby zapamiętać cokolwiek z kolekcji.

Problogerka akceptuje konstruktywną krytykę i potrafi sobie również poradzić z hejterskimi komentarzami w sposób inteligentny i zachowując przy tym klasę.

Lanserka obraża się o każdą pierdołę, nawet jeśli ktoś deliktanie i uprzejmie zwróci jej uwagę, że w tym kombinezonie nie wygląda zbyt korzystnie.

Problogerka utrzymuje kontakt z czytelnikami. W miarę możliwości i dostępnego czasu odpowiada na komentarze i maile.

Lanserka uważa się za lepszą niż jej czytelnicy. Dla niej czytelnicy to tylko rosnące w statystykach numerki – nie ludzie, których faktycznie interesuje jej blog.

Problogerka dzieli się swoimi przemyśleniami i dyskretnie przemyca wyselekcjonowane informacje  z życia prywatnego w postach.

Lanserka opisuje wszystkie swoje wzloty i upatki, dramatyczne rozstania, a z jej twittera wiesz nawet, kiedy oddaje mocz.

Problogerka czerpie radość z blogowania nawet jeśli od dawna jest to jej główne zajęcie, z którego się utrzymuje.

Lanserka traktuje bloga jak obowiązek, który zapewni jej kolejną darmową parę butów.

Problogerka to ktoś, kogo rozpoznasz na 100 kilometrów.

Lanserka to ktoś, kogo rozpoznasz na 100 kilometrów.

Nie uważam, że blogerki są albo czarne albo białe. Nawet autorki moich ulubionych blogów popełniają błędy. Uważam, że grunt, to cały czas się rozwijać i iść w dobrym kierunku. Moim zdaniem najlepszy kierunek to właśnie problogerka. A co Wy sądzicie na ten temat?


Znacie jakieś problogerki lub lanserki? Do której z grup należycie?



sobota, 01 września 2012

Słowo na sobotę. Super teksty do poczytania i późniejszych refleksji.

Wojna o blogi - przygotujcie duży kubek kawy i coś do jedzenia, bo długo nie odejdziecie od komputera. Tattwa liter nie oszczędza, ale dobiera je w taki sposób, że ani przez chwilę nie będziemy się nudzić. Jak ona to robi???

Cztery sektory popularności - nareszcie ktoś to powiedział głośno. Gefanka wie o blogach dużo więcej niż chcielibyśmy, by wiedziała. Choć niewiele osób to obchodzi, warto pamiętać, że blog modowy blogowi modowemu nierówny. I wcale nie chodzi o poziom. Nawet w modzie są różne dziedziny, czyż nie? Znajdzie się miejsce dla każdego. Poza tym lepsze cztery opcje generalizacji niż jedna.

Zamknięte drzwi blogosfery - czy drzwi naprawdę zostały zamknięte? Kapuczina dość gorzko o tym co było i o tym co jest. Czy blogerom - weteranom rzeczywiście więcej się wybacza?

5 błędów blogerów - czytajmy i uczmy się. "Do bycia ekspertem dochodzi się latami. W każdej branży. Bez względu na to, czy robisz meble, piszesz bloga, czy jesteś mechanikiem samochodowym." O to to!

czwartek, 30 sierpnia 2012

Kasia z Efektów Ubocznych wyznaje "montypythonowską" zasadę: "Always look on the bright side of life". Spoglądamy wraz z nią.

Prowadząc bloga można mieć w głowię parę reguł. Oczywiście nikt nas do tego nie zmusi, ale posiadanie pewnego schematu pomaga w organizacji pracy i w trzymaniu się postawionych sobie założeń. Poniżej moja „złota siódemka”, czyli przemyślenia, które stosuję wobec własnego „dziecka”. Może kogoś zainspirują do blogowania... albo podzielenia się swoimi radami.

 

  1. Skupiaj się na pozytywach, nie negatywach.
    Zamiast jednego wpisu o tym, jak tragicznie wykonana jest bluzka z pewnej sieciówki na Z i jaka jestem zła że znów wydałam pieniądze na taką szmatę... pięć postów o ubraniach od polskich twórców, które wynagrodzą stratę i pomogą innym nie popełnić mojego błędu. Bo zamiast bezsensownego narzekania można przejść do działania (i niekoniecznie przy tym rymować).

  2. Niefajnych omijaj szerokim łukiem.
    JagaDesign napisała ostatnio piękne zdanie - „Bloguję, bo blogują fajni ludzie. Niefajni też blogują, ale ich nie czytam.” Wyznaję prostą zasadę – jeśli coś mi się nie podoba, nudzi mnie, irytuje – omijam to. Zamiast tego przeglądam ukochane, inspirujące strony od deski do deski i mam poczucie, że nie marnuję przy tym czasu!

  3. Pamiętaj o jakości.
    Nie jest tajemnicą, że regularnie blogowanie ma swoje korzyści, ale niestety – nie zawsze można sobie na nie pozwolić, bo wbrew pozorom, zajmuje sporo czasu. Lepiej opublikować jeden wpis na dwa tygodnie, w którym każdy szczegół zostanie dopracowany (zarówno językowo, jak i wizualnie), zamiast wrzucać przypadkowe treści codziennie. Zauważyłam, że męczą mnie liczne błędy i powtórzenia u innych, dlatego sama staram się kilkukrotnie sprawdzać dodawane treści.

  4. Pisz o tym, w co wierzysz.
    Fałsz zostanie szybko odkryty przez czytelników, ale pomyśl o samej/samym sobie – czy na pewno chcesz się oszukiwać, że wełniane spodnie w kolorze musztardowo-oliwkowym to spełnienie Twoich blogowych i modowych marzeń? Piszę o tym, co naprawdę mi się podoba, inspiruje, ciekawi czy fascynuje. Przy okazji sprawia mi to radość. A kiedy trafiam na prawdziwe słowa u innych, mam wrażenie, że bije pasja.

  5. Nie bój się być sobą.
    Po pierwsze, nikt nie lubi oglądać kopii kopii kopii... innej kopii. Wszyscy noszą pastelowe kwiaty a w Twojej głowie są czarne swetry? Nie szkodzi – nie bój się być sobą i nie próbuj kopiować innych. Własny styl ogląda się najlepiej. A z kreatywnych wyborów już tylko krótka droga do bycia trendsetterem! Właśnie dlatego zaczęłam pisać o polskich projektach – bo mnie interesowały. I nie przejmowałam się tym, że wtedy nie były jeszcze tak popularne, jak teraz.

  6. Myśl o sobie.
    Zdarzało mi się, że zamiast pamiętać o punkcie czwartym, trochę naginałam prawdę – bo tak lepiej wygląda, bo bardziej się spodoba... nic w blogowym świecie nie przyniosło mi większego „kaca”. Dlatego stosuję taką zasadę. Myśl o sobie – jeśli pisanie tekstu nie sprawia ci radości, czytelnicy to poczują. I wtedy nikt nie jest zadowolony. Ty – bo czujesz, że tekst mógłby być lepszy/dłuższy/ciekawszy/dokładniejszy i czytelnik, bo coś się nie zgadza. Prowadzisz bloga wyłącznie o zagranicznych trendach, ale spodobała ci się polska kolekcja? Wrzuć do niej link na Facebooku. Rób to, co czujesz i na co masz ochotę – czy tak nie jest przyjemniej?

  7. Polub to.
    Jeśli cały czas narzekasz, że blogerów przedstawia się w złym świetle a ich strony są po prostu nudne, może... blogowanie nie jest dla Ciebie. Nie musisz niczego udowadniać – ani sobie, ani innym. Też męczy mnie ciągła nagonka, ale tak, jak napisała ostatnio Harel, uważam, że jest tylko jedno wyjście z takiej sytuacji. Być ponad to. A jeśli blogowanie ma wzbudzać frustrację w samym piszącym, chyba warto poszukać innych rozrywek. Dla własnego dobra!



środa, 29 sierpnia 2012

Masz dosyć pozytywnych komentarzy, wiernych przyjaciół bloga i lajków na Fejsbuku? Wkurza Cię zaufanie, jakim obdarzają Cię czytelnicy i marki odzieżowe? Koniec Twojej męki jest blisko. Harel nadciąga z odsieczą. Oto poradnik dla blogerów, którzy nie chcą być lubiani (kłaniając się równouprawnieniu będę raz używać formy żeńskiej, raz męskiej - by nikt nie poczuł się dotknięty).

  • Bądź wszędzie. Jest impreza, jest blogerka. Być musi, nie ma innej możliwości. Jeśli są dwie imprezy, bądź na dwóch, jeśli ponad pięć - zatrudnij sobowtóra. Pamiętaj, wystarczy, że pojawisz się na chwilę. Ważne, by Cię sfotografowali. Jeśli trzeba, taranuj ludzi w drodze do ścianki sponsorskiej.

  • Rozpoznawaj tylko ważne osoby. Ktoś Ci się kiedyś przedstawił? A czy on cokolwiek znaczy w wielkim świecie mody? Jeśli nie, nie ma sensu o nim pamiętać. A nawet jeśli pamięć Ci nie szwankuje, udawaj, że nie pamiętasz i przedstawiaj się za każdym razem. Innych blogerów nie dostrzegaj. W końcu są Twoją przeszkodą w drodze do sławy.

  • Jeśli relacjonujesz pokaz, nie zapominaj, kto jest najważniejszy. Nie projektant. Nie organizator. Nawet nie sponsor. Najważniejsza jesteś TY. Wrzucaj zdjęcia, najlepiej natychmiast: na Facebooka, Instagram, Tweetera, gdzie się da. JA w pierwszym rzędzie. JA z pokazem w tle. Ewentualnie możesz pozwolić jakimś marnym gwiazdom sfotografować się u Twego boku i pokazać ludowi, który śledzi Cię na Fejsie.

  • Nie odpisuj na maile. Ktoś czegoś od Ciebie chce? Olej to. Zwłaszcza głupie pytania czytelników. Niech sami dojdą do tego, co Ty osiągnęłaś latami ciężkiej pracy. Chyba że jest to mail z propozycją wyjazdu do Paryża. Krajowych wyjazdów prawdziwy bloger się nie tyka, nawet jeśli fundują mu bilet lotniczy.

  • Obierz strategię roszczeniową. Pisz po kilka maili dziennie do wszelkich możliwych firm, składaj propozycje nie do odrzucenia. Im więcej oni Ci dadzą, tym mniej dawaj w zamian. Żądaj bajońskich sum za pojedyncze zdanie. Nie dotrzymuj terminów, nie wywiązuj się z obietnic. Wystarczy, że podejmujesz trud i do nich piszesz. Przecież to oni powinni pisać do Ciebie.

  • Wywyższaj się. W końcu kto jak nie Ty ma mieć rację? Ludzie są idiotami, a w branży znaleźli się albo przez przypadek, albo przez łóżko. Musisz bezustannie pokazywać im, gdzie ich miejsce. To Twój obywatelski obowiązek.

  • Oczerniaj. Nie ma lepszej drogi do stania się najbardziej nielubianym blogerem niż oczernianie innych - zwłaszcza blogerek. Oczywiście niebezpośrednio. Oczerniaj za plecami. Pisz maile do agencji PR, które z Wami współpracują. Wymyślaj niestworzone historie. Narzekaj na innych. Nie baw się w udawanie, zero przykrywek. Przecież i tak nikt nie uwierzy, że chodzi Ci o dobro firmy.

  • Krytykuj ludzi mody. Droga krytyki dowolna, choć Facebook wciąż pozostaje na prowadzeniu. Co oni mogą wiedzieć o świecie, skoro nie mają blogów? A jeśli nawet mają, prowadzą je tak marnie, że mogliby Ci sznurowadła w najnowszych "dżefrejach kampbelach" wiązać. Co do ich projektów, wiadomo, są odtwórcze. Zawsze. I nudne. Chyba że dostaniesz je w prezencie. Wtedy ewentualnie możesz stwierdzić, że są w tym sezonie najmodniejsze.

Na razie to wszystko. Kolejne części niewykluczone. Ja już korzystam - mam nadzieję, że efekty pojawią się wkrótce!

Nie pozdrawiam. Nie warto Was pozdrawiać!

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Na wczorajszy tekst zareagowała Justyna, autorka strony Wizerunkownia, do niedawna także szafiarka, wciąż aktywnie pisząca dla Blogofilii.

Uśmiechnęłam się przy ostatnim wpisie Moniki Davidovicz. Bo mam podobne problemy. Bo obie zrezygnowałyśmy z szafiarstwa uzasadniając tę decyzję argumentami, a nie samym fochem na niedoceniający nas świat. Do argumentów dorzuciłabym wyrzuty sumienia związane z ciągłym nękaniem mojego brata o pół godziny na zdjęcia, mało rozwijający charakter zajęcia i potężne "straty czasowe", dodatkowo i tak jednak pokazywałam zestawy, co do których miałam przekonanie, a próżnego poklasku mi nie trzeba.

Jednak byłabym niesprawiedliwa twierdząc, że blog nic mi nie dał. Bo dał - i są to realne (choć niematerialne) korzyści, za które jestem wdzięczna

  • pomógł odkryć prawdziwie inspirujące osoby - w tym te, z którymi nawiązałam bliższy kontakt (ale o tym już pisała tu Kelly z Efektów Ubocznych)
  • "zmusił" mnie do bycia z nowościami w modzie na bieżąco, do obserwowania ulicy
  • nauczył mnie blogowania – systematyczności, odwagi w dzieleniu się myślami i przyjmowania krytyki (zwłaszcza tej "hejtującej"), do wchodzenia w dyskusję z nastawieniem na słuchanie
  • nauczyłam się patrzeć na siebie na taką, jak wyglądam akurat, nie - jak mi się to wydaje po odbiciu w lustrze
  • nauczyłam się eksperymentować, a przede wszystkim nauczyłam się swojego stylu (osóbki śledzące mnie przez ostatni rok wiedzą, że ten się jednak nieco zmienił, a raczej – wykrystalizował), przez co lepiej też zrozumiałam siebie.

Jeśli zakładasz szafę nie po to, by dostawać prezenty czy wejściówki i napawać się sobą, możesz – wbrew pozorom – dużo z niej wynieść. Chociaż jeśli się w porę nie "wybijesz", za pewien czas przyjdzie moment, gdy przestaniesz tej szafy potrzebować, gdy koszty przerosną zyski. Bo do utrzymywania znajomości, śledzenia blogosfery nie musisz sam(a) blogować (ba! Jeszcze będziesz mieć więcej czasu dla nich); w swoim odczuciu – ubierasz się już wystarczająco dobrze, a cała ta konsumpcyjno-zawistna otoczka wokół zaczyna Cię męczyć. Dla mnie ten czas nadszedł teraz.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Dziś niezwykle interesujący wpis gościnny autorstwa Moniki Davidovicz. Od razu zaznaczam, że wcale nie jest anty szafiarski, gdyby ktoś miał ochotę się przyczepić.

Lubię blogi o modzie. Lubie oglądać te pięknie poprzebierane dziewczynki, lubię dowiadywać się, gdzie kupiły te świetnie wyglądające rzeczy (choć niestety zazwyczaj to mało odkrywcze – H&M i Zara). Próbowałam prowadzić bloga szafiarskiego kilkakrotnie, ale zazwyczaj szybko traciłam do tego zapał (wyjątkiem była Szafa Mo, ale ostatecznie tego bloga też zamknęłam).  

Nie nadaję się do prowadzenia bloga szafiarskiego, bo:

  • kiepsko wychodzę na zdjęciach
  • mam za dużą nadwagę żeby wyglądać korzystnie w większości ubrań, które mi się podobają
  • nie mam swojego stylu
  • nie znoszę komentarzy typu „ładne spodnie, wpadnij do mnie”, które są najczęstsze na tego typu blogach
  • wkurzają mnie firmy, które piszą: „Wyślemy Ci zeszyt w kratkę, a Ty napiszesz o tym na FB i dodasz z nim stylizację na blogu” (WTF, stylizacja z zeszytem? to gorsze niż stylizacja z filterm do wody, a i takie widywałam na blogach)
  • nie chce mi się wrzucać zdjęć wszędzie – na modną polkę, lookbooka, pinterest, stylio, etc. tylko po to, żeby mieć po 100 wejść więcej w ciągu dnia
  • szybko wpadam w depresję, gdy spadają mi statystyki
  • chodzę w kółko w tych samych ubraniach więc nie mam czym zaskoczyć czytelników
  • nikt nie traktuje blogów o modzie poważnie („To są próżne dziewczynki, które nie znają się na branży.” – często to słyszę od ludzi… z branży)
  • irytuje mnie etykietka przyczepiona szafiarkom i fakt, iż zostały wrzucone wszystkie do jednego worka
  • mimo, że ładnie piszesz i masz dobrej jakości zdjęcia w zaskakujących ubraniach – i tak ludzie wolą wtórne blogi bez charakteru, które są w sieci od lat, dlatego szansa na „wybicie się” i zdobycie czytelników są nikłe
  • blogi szafiarskie powstają masowo, a coś, co jest dla mas, nie jest dla mnie!!!

Oczywiście, że zazdroszczę znanym szafiarkom darmowych wakacji, giftów od firm i zaproszeń na najlepsze pokazy mody, ale z drugiej strony… Zupełnie przestałam czuć to całe „szafiarstwo”, a dziesiątki prze-milusich komentarzy pod każdym postem wcale nie sprawiało, że czułam się lepsza, fajniejsza lub lepiej ubrana. Lubię modę, kocham zakupy, uwielbiam chodzić na pokazy i mimo, że przestałam stroić się do zdjęć – nadal angażuję się w fajne projekty mniej lub bardziej związane z modą. O tym chcę blogować, bo moda to nie tylko to, co mamy w szafie.

czwartek, 09 sierpnia 2012

Dziś pisze Iangrapher.

Ten tekst jest chyba właściwie przedłużeniem mojego poprzedniego tekstu, który ukazał się na Blogofilii, który mówił o pokorze. Teraz chciałbym się zająć szacunkiem dla czytelnika.

Zacznijmy może od sklasyfikowania komentarzy:

a) spam – zdarzają się dość często (jeśli nie najczęściej) i chyba mają na celu budowę renomy i popularności bloga autora, zazwyczaj mają jednak zupełnie odwrotny skutek. Jeśli ktoś nadal nie wie o czym mówię, przytoczę komentarz, który można znaleźć praktycznie na każdym popularnym blogu (nie jest to trudne, sekcja komentarzy tych popularniejszych jest oblepiona reklamami równie szczelnie co Picadilly Circus) : Świetna bluzka! Zapraszam do mnie na giwełej! xxxxx.blogspot.com

b) komentarze o niskiej zawartości – pełno tego wszędzie. Jestem zwolennikiem stwierdzenia, że jeśli nie masz nic do powiedzenia to się nie odzywaj. Komentarze typu „super wyglądasz!” darzę dość dużą niechęcią. A to, że zazwyczaj ich treść nie przewyższa pod względem merytorycznym, żadnej wypowiedzi mojej trzyletniej siostrzenicy, to już zupełnie inna sprawa...

c) hejterzy – o hejterach co jakiś czas jest głośno, ze względu na niektóre blogerki, które rozgłaszają i cytują ich komentarze gdzie popadnie, co tylko sprawia im (hejterom) satysfakcję, więc uznaję, że nikomu nic więcej o nich mówić nie trzeba.

d) komentarze z treścią- czyli najbardziej wartościowy i najbardziej pożądany przez blogerów typ, bo w końcu nie ma nic lepszego niż komentarz z przekazem, z czymś więcej niż tylko pusty epitetem "super look", albo znanym wszystkim i przytoczonym wcześniej "ślicznie wyglądasz". Dla mnie, głównie jako obserwatora blogosfery, a od niedawna również i blogera, nie ma nic lepszego niż zażarta, ale kulturalna dyskusja na jakiś temat, pod daną notką.

I wreszcie docieramy do tego co chciałem przekazać pisząc ten tekst: odpowiadając na pytania/polemizując z czytelnikiem wyrażamy coś na znak szacunku dla niego, pokazujemy mu, że mimo jest tylko jednym z dziesiątków/setek/tysięcy czytelników bloga, to traktujemy go indywidualnie. W końcu nie ma nic gorszego niż generalizacja jednostki.

Rozumiem, że odpowiadanie na komentarze, których jest około 100 może być problematyczne, ale bierzmy przykład z Weroniki (Raspberry And Red). Pod niektórymi z jej notek pojawia się ponad 200 komentarzy, a ona wciąż odpowiada na te, które o coś pytają, lub po prostu należą do wcześniej wspomnianej grupy D. I to nie tylko po polsku, ale również po angielsku. Warto wspomnieć, że na jej blogu włączona jest opcja moderacji komentarzy, więc nie jest to spam.

Z blogów, których autorzy odpowiadają na komentarze z czystym sercem polecam:

Weronika - Raspberry and Red

Asia - Styledigger

Ryfka (też Asia)- Szafa Sztywniary

P.S.: Harel polecać nie będę, z racji, że wszyscy wiedzą o tym, że jej blog, wygląda i jest prowadzony dokładnie tak jak powinien być!

P.S.2: Ani Harel, ani żadna inna wymieniona blogerka, ani w ogóle nikt nie sponsoruje tego tekstu. :D

czwartek, 02 sierpnia 2012

Czas na nową porcję linków!

O akceptacji i ocenianiu w modzie pisze Tobiasz Kujawa na blogu Fashion Magazine. Ogromnie to ciekawe i aktualne. Odnosi się do blogów jak najbardziej. Nie wiem czy stety, czy niestety...

Przewodnik zakupowy autorstwa Styledigger - żadne tam "pięć rzeczy, które stworzą każdą szafę" albo "dziesięć par butów, bez których nie wyjdziesz z domu". I niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że zakupy to rzecz, nad którą nie wypada się zbyt mocno zastanawiać!

Impossible is nothing - pod dającym się zinterpretować na różne sposoby tytułem Weronika z Raspberry and Red zawiera przemyślenia na temat pakowania oraz tak piękne zdjęcia, że mogę na nie patrzeć godzinami.

Refleksje na temat blogowania znajdziemy u Judyty z Judy Adores Fashion. Ile może trwać nagonka na blogerki? Sama jestem ciekawa.

Zazdrość zabija blogerki - Modowianka pisała już tu o zazdrości, a zasugerowałam jej to, przeczytawszy wpis na jej autorskim blogu. Nieco bardziej dosadny i równie prawdziwy co ten gościnny. Nie ma co się obrażać, trzeba się po prostu zastanowić, co warto robić, a czemu nie warto poświęcać nawet sekundy.

P.S. To przypadek, że w niektórych wpisach zostałam podlinkowana. Nie jest to absolutnie żadne kryterium mojego wyboru!!! A przy okazji mam do Was prośbę. Jeśli traficie na teksty warte wspomnienia w tym dziale (możecie być ich autorami), podeślijcie koniecznie!

P.S.2. Dodaje jeszcze jeden link!

Why do you blog? - Jaga pyta, dlaczego blogujemy. Co jej odpowiemy? (link tutaj: http://www.jagadesign.com/2012/08/why-do-you-blog.html - nie wiem dlaczego, ale każde inne rozwiązanie Blox uznaje za spam).

 
1 , 2 , 3