przez blogerów dla blogerów
RSS
środa, 08 maja 2013

Korzystając z gościnnych łamów Blogofilii, chciałabym opowiedzieć o swoim blogu i blogowaniu. O tym, jak było, dlaczego zakończyłam przygodę z blogiem i dlaczego warto czasami zamknąć bloga - nawet jeśli ma się jeszcze niejedno do powiedzenia.

Ale zacznijmy od początku. Nazywam się Morven i jestem blogoholiczką. Aktualnie w trakcie terapii odwykowej, która zresztą odnosi sukces, ponieważ nie bloguję już od prawie 2 lat. Mój blog szafiarski powstał pięć lat temu, zanim jeszcze szał na wirtualne szafy opanował całą Polskę. Równolegle wystartowały blogi Alicepoint, Styledigger, Aife, Vintage Girl - tak, to była bardzo inspirująca wiosna :-) Skutek? Wbrew pozorom - istotny. Blogi szafiarskie naprawdę zmieniły nasz świat. Zauważyliście, że dziś określamy siebie przy pomocy mody? Jestem przekonana, że stałoby się to znacznie później - gdyby nie blogi. Pamiętam czasy, kiedy - gdy chciało się czegoś więcej o kimś dowiedzieć - pytało się go "Czego słuchasz?". Dziś muzyka nie określa nas już do tego stopnia - witajcie w epoce obrazkowej! Dziś, chcąc kogoś poznać, po prostu ocenia się go po sposobie ubierania. Moda jest dzisiejszym odpowiednikiem "słuchania". Nie na darmo mówi się, że jeden obraz jest wart tyle, co tysiąc słów. Oraz tysiąc dźwięków.

Dlaczego zatem odeszłam z barwnego świata blogów, sponsorowanych konkursów, wywiadów, darmowych ciuchów, szafiarskich zlotów?

Najprostsza odpowiedź brzmi: ponieważ urodziłam dziecko i przestałam mieć czas na blogowanie.

Druga prosta odpowiedź brzmi - bo byłam kiepska. I w tym też jest trochę prawdy. To był zupełnie inny blog niż te wymienione przeze mnie powyżej, nie wspominając już o tych blogach, które popularne są teraz. Od początku do końca był poświęcony raczej ubieraniu niż modzie. Polegał raczej na spontanicznej zabawie niż profesjonalnym podejściu do blogowania. Raczej na poszukiwaniu i kształtowaniu się stylu niż na jego prezentowaniu. Raczej na stawaniu się kimś niż na byciu kimś. Nigdy nie miałam stylu - zbyt lubię się zmieniać, aby coś takiego mieć. Wszystko, co pokazywałam na blogu, było bardzo moje, ale jeśli miało jakikolwiek wspólny mianownik, to tylko jeden - było świadome. Wszystko, co na siebie zakładałam, nie musiało być w klasyczny sposób "ładne", ale wynikało z głębokiego przemyślenia. Niewiele w tym było konsekwencji. Nie miałam jednego pomysłu na siebie - miałam codziennie sto tysięcy pomysłów i uwielbiałam to, nawet jeśli mnie za to krytykowano. Część moich czytelników nie kupiła tej formuły. Mój blog był po prostu studium procesu, a takie rzeczy się "nie sprzedają". Nie zmienia to jednak faktu, że powolne dochodzenie do swojej modowej tożsamości było dla mnie niezwykle cenne. To, co wtedy zyskałam, mam do dziś i nikt mi tego nie odbierze. Mnóstwo się nauczyłam. Także dzięki wspomnianym wyżej czytelnikom - czasami bezlitosnym w swej krytyce, ale zawsze szczerym, spostrzegawczym i bystrym. Zmuszali mnie do myślenia i nieustannej weryfikacji własnych decyzji.

Trzecia odpowiedź jest bardziej skomplikowana.

Nastał w moim życiu czas, kiedy wspomniana powyżej "modowa tożsamość" była już gotowa, zahartowana w ekstremalnych warunkach, m.in. dzięki nieustannej ocenie. Podparła się na mocnych podstawach - świadomości siebie, konkretnych wartościach (takich np. jak konieczność wyboru, świadoma konsumpcja dóbr) i nowych doświadczeniach codzienności ("koniec z obcasami, przecież pcham wózek z dzieckiem"). Pozbyłam się z szafy większości ubrań, które kupiłam lub dostałam w czasach szafiarskich. Wszystkie te śliczniusie koronusie, falbanki, dziewczęce sukienki, pastele i inne neony - wszystko ma już nowe właścicielki i mam nadzieję, że dostarcza im dużo radości. Zostały ze mną tylko rzeczy najbardziej "moje", najtrwalsze i obiektywnie dobre. Rzeczy, które nie tracą wyglądu po drugim, trzecim, dziesiątym praniu. Jakoś tak się dziwnie składa, że sporo z nich pochodzi spoza sieciówek. Tiszert od Aife z Merry Meet Me, sukienka Wearso, sukienka z Hultaja Polskiego, koszulka Kuxido, płaszcz z Green Establishment, ręcznie robione torebki i inne dodatki z serwisów rękodzielniczych typu Wylęgarnia. Trochę prostych spódnic, prostych spodni. Tak niewiele ciuchów, a wybór jakby większy i dylematów mniej. Jestem wolna od nadmiaru. Wciąż noszę to samo i wciąż wyglądam inaczej. Mogłabym to obfotografowywać, ale... no właśnie. Czytelnicy preferują oglądanie nowych stylizacji, nowych rzeczy, nowych ciuchów. Nowych, nowych, nowych. Daj nam nowe obrazki, bo nas zanudzisz - wydaje się błagać statystyczny konsument blogosfery. Daj nam aktualizacje raz w tygodniu, a najlepiej jeszcze częściej.

Niestety, już nie mogę tego zaoferować. Te etap jest zakończony. Już się nie staję. Teraz JESTEM.

Kiedyś często zdarzało mi się kupować ubrania dlatego, że były piękne. Efektowny wzór tkaniny, ciekawy fason, niepowtarzalność... Co w tym złego, zapytacie. Właściwie nic, jeśli traktuje się ciuchy jako coś, co ma wartość poniekąd kolekcjonerską. Ale jeśli ubranie ma być czymś, co noszę, co jest ze mną zrośnięte, to muszę je rozpatrywać jako integralną część siebie, swojej osobowości i swojego ciała. Nie mogę kupić czegoś, co jest po prostu ciekawe, kolorowe, ale nie pasuje do mnie. Tak może kupować stylista, ale nie ktoś, kto robi zakupy dla siebie.

Wróćmy jednak do blogosfery. Jest też czwarty powód, dla którego zakończyłam prowadzenie bloga. Najmniej istotny powód, ale jednak jest.

Czy wy też macie wrażenie, że wybitne blogi przepadają w wirtualnych odmętach, a przeciętne lub dobre - tylko dobre, bez błysku geniuszu - odnoszą niewiarygodny sukces? To nie jest stuprocentowa reguła, ale jednak coś jest na rzeczy. Każdy ma tu pewnie w zanadrzu własne wyjaśnienie. Ja osobiście uważam, że na "rynku" blogów - zwłaszcza szafiarskich - w równym stopniu jak inteligencja czy dobre pomysły liczą się teraz uroda, odpowiednio młody wiek, umiejętność rywalizacji. Nie są to czynniki decydujące, ale sprzyjające. A ja? Cóż, nie mam w tej konkurencji szans. Zerknęłam na siebie krytycznie i aż się zaśmiałam. Mam sporo więcej niż 30 lat i nikt raczej nie pomyli mnie z nastolatką. W późniejszym wieku wygląda się gorzej. Nie, nie gorzej - inaczej. Nie ma to nic wspólnego z prowadzonym trybem życia. Nawet jeśli intensywnie uprawiasz jakiś sport i odżywiasz się zgodnie z ulubionym przez dietetyków reżimem, to nie ma siły, i tak trochę przytyjesz. W ten sposób tracisz swoją młodzieńczą fotogeniczność. Może i ktoś chciałby mnie oglądać, ale szyderczych komentarzy byłoby równie dużo. I chyba trzeba mieć skórę słonia, żeby wytrzymać wszystkie „życzliwe” uwagi typu "z tyłu liceum, z przodu muzeum". Puenta: jeśli chcesz mieć blog szafiarski i jesteś w tym dobra, to nie wystarczy ci to, aby odnieść sukces. Musisz jeszcze spełniać pewne dodatkowe warunki. W przeciwnym wypadku pozostaniesz na marginesie, wkładając w blogowanie dużo wysiłku i ciągle mając poczucie, że sobie a muzom śpiewasz. Chyba, że zaprzyjaźnisz się z panem Photoshopem – ale nie na tym to chyba polega?

Tak, jestem już muzeum, nie liceum. Świat glamour jest dla mnie teraz niczym więcej niż wyrzutem sumienia. Nigdy nie byłam jego częścią, ale dzięki blogowi trochę się z nim zetknęłam. Teraz miga kolorowymi światłami daleko za mną, jak iluminacje odległego, zamazanego miasta, które opuściłam tysiąc mil temu. Wystawiam jeszcze głowę przez szybę, zezuję, oglądam się. Próbuję go zatrzymać pod powiekami. Po raz tysięczny przywołuję zmysłami jego dźwięki, jego zapach - bo zostało tylko tyle. On już nie wróci. Wieści stamtąd wprawiają mnie w zakłopotanie.

Ale wiecie co, nie żałuję. Dobrze jest jak jest. Bo zyskałam coś ze względu na kolor zboża.*

P.S. Wciąż jeszcze spotykam w różnych miejscach - w sieci i poza siecią - osoby, które mnie czytały, pamiętają i rozpoznają. Wszystkim tym osobom przesyłam serdeczne pozdrowienia i zapewniam, że jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa. Jeszcze będę publikować - coś, gdzieś, kiedyś. Jestem tego pewna, bo pisanie to moja ulubiona forma wyrażania się, ale też relaksu, a niekiedy terapii. Ale fotki, jeśli się pojawią, to  raczej od wielkiego dzwonu ;-)

*Patrz: Antoine de Saint-Exupery, "Mały Książę".