przez blogerów dla blogerów
RSS
poniedziałek, 25 czerwca 2012

Autorka dzisiejszego tekstu to Justyna - prowadząca blog Wizerunkownia.

Nie, nie chcę tutaj pisać o tym, jak zarobić na blogu. Jednak między blogiem a biznesem można znaleźć silne analogie – ich odkrycie może Ci pomóc stworzyć Twojego bloga – tak naprawdę Twojego , zgodnego z Tobą, "żyjącego" w Twoim tempie.

Pierwsza analogia: cel zarobkowy to szybka droga do wypalenia, wtopienia w masę innych podobnych. Tu trzeba znaleźć niszę, być atrakcyjnym.

Przygotuj kartki i coś do pisania i staraj się szukać odpowiedzi.

Po pierwsze musisz sobie zadać pytania:

  • co będzie oferował Twój blog – Tobie i innym (np. wiedza, refleksja, inspiracja, wsparcie)
  • w jaki sposób ma być postrzegany (np. media, profesjonalny, osobisty, krytyczny, bezpośredni, dynamiczny, stonowany)
  • jakie wartości będzie promował czyli jaki jest Twój styl życia (np. minimalizm, romantyzm, awangarda, przebojowość, radość życia, spokój)

Wszystko to musi być zgodne z Twoimi umiejętnościami, doświadczeniem, charakterem; wyborem grupy docelowej (promowanie party hard w grupie 40-latków raczej nie chwyci), oraz możliwościami (bo ciężko pokazać modę biznesową, ekskluzywną w otoczeniu glinianych chałup).

Odpowiedzi na te 3 punkty powinny zamknąć się w odróżniającej Cię od innych, elastycznej wobec sytuacji, zwięzłej myśli, którą w biznesie nazywa się MISJĄ firmy.

Chociaż może Ci wydawać się to bezużyteczne, zapewniam – ochroni Cię przed miotaniem w wyborze dodatkowych kanałów social media i promocji, szacie graficznej i zawartości, gdy odkrywając kolejne blogi, będziesz wpadać na pomysł wprowadzenia do siebie czegoś, co Ci się u innych spodobało.

MISJA stanowić będzie dla Ciebie wyjście dla Twojej WIZJI bloga i jego CELÓW STRATEGICZNYCH.

Z tego, jaki ma być blog (z misji) wynika to, dokąd będzie zmierzał jego rozwój, jaką pozycję w blogosferze będzie zajmował, ogólnie – Twoje aspiracje względem bloga. Innymi słowy – WIZJA bloga. Jeśli nie będzie ona oderwana od rzeczywistości, pozwoli Ci wyznaczyć drogę do pokonania, będzie motywacją, wskazującą kolejne CELE.

CELE mogą być krótkoterminowe i długoterminowe. Krótka perspektywa dla bloga? Zależy, ile czasu jesteś w stanie mu poświęcić. 4 miesiące, pół roku? Jedno jest pewne, powinny być:

  • skoncentrowane na określonym działaniu,
  • określone ilościowo i w czasie (mierzalne),
  • współgrające ze sobą,
  • uporządkowane według ważności i deadline'u,
  • możliwe do wykonania

tak, żeby po upływie czasu móc sprawdzić, czy się udało i mieć z tego satysfakcję – a jeśli nie – by móc zrozumieć czemu nie wyszło. Ale zakładamy, że wyjdzie ;). Cele długoterminowe powinny mieć podobne właściwości, jednak powinny być bardziej elastyczne wobec zmieniającej się rzeczywistości.

Poza tym pamiętaj, że oprócz tego, że jesteś "firmą", jesteś jednocześnie marką. Czy będzie to marka ekskluzywna, godna zaufania, opiniotwórcza – zależy tylko od Ciebie. Ale na ten temat to już może inny wpis, innego autora.

niedziela, 24 czerwca 2012

Blogofilia ruszyła. Przysyłacie coraz więcej tekstów. Czy coś mogłoby mnie bardziej cieszyć? Nie przejmując się, że wyjdę na marudę, odpowiem szczerze: mogłoby.

Moja refleksja? Uwielbiamy krytykować. Nie wiem, czy mam napisać: my, Polacy czy może my, ludzie. Daje się to odczuć wszędzie, również tutaj. Sama miałam w planach mocno krytyczny tekst na temat naszego blogerskiego półświatka, ale postanowiłam odłożyć go na później. Sama namawiałam do dzielenia się tu przemyśleniami, nie wymagałam, żeby zawsze były pozytywne. Trudną sztuką jest umiejętna krytyka. Potrzebujemy jej, by iść dalej. Potrzebujemy jednak czegoś więcej.

Zarówno my, blogerzy, jak i my, czytelnicy, mamy sporo dobrych doświadczeń, którymi możemy się podzielić. Zachęcam do tego gorąco. W końcu w pewnym sensie jesteśmy ekspertami, czyż nie? Każdy w swojej kategorii. Łatwo jest powiedzieć innej blogerce: "Nie dasz rady, nie przebijesz się". A gdyby tak zamienić minus na plus? Podać rękę, cierpliwie i życzliwie odpowiedzieć na nurtujące ją pytania? Zamiast zjeżdżać od góry do dołu za zbyt mało perfekcyjne zdjęcia, brak przecinków czy ciuchy z sieciówek, zwrócić uwagę, zaoferować pomoc? Wiadomo, nie każdy pomocy chce. Ale sama pamiętam, jak wiele dały mi teksty z Independent Fashion Blogers czy rozmowy z bardziej doświadczonymi blogerkami.

Spróbujmy! Ja już zasiadam do nowego, tym razem pozytywnego tekstu. A Wy?

sobota, 23 czerwca 2012

Dziś blogerka Ka Bajor pyta, jak przebić się przez gąszcz nowo powstających blogów. Może macie jakieś pomysły? Rady? Ostrzeżenia? Czy warto się przebijać? Czy w ogóle o to chodzi? Zapraszam do dyskusji! (a przy okazji polecam tekst dzisiejszego gościa o tym, jak zostać paryżanką :))).

OK., Harel założyła bloga, na którym poruszane są tematy związane z (tu niespodzianka) blogowaniem! Czytuję teksty Harel z podziwem i teraz, gdy ona otworzyła przestrzeń, do której prowadzenia zaprasza nas wszystkich, aż wstyd nie wypowiedzieć się własnym cieniutkim głosikiem.

Cóż, tylko o czym by tu teraz napisać? Blogerzy modowi przecież nie muszą na co dzień pisać zbyt wiele. Szukają ciuchów w sklepach, stoją przed szafą i kombinują, potem znów kombinują gdzie by tu zrobić zdjęcia, żeby oddawały charakter ubrania, podkreślały kolor lub jego funkcję. Następnie obróbka i umieszczenie na blogu. A obserwatorzy oczekują jeszcze jakiegoś tekstu – eh, no dobra, niech będzie tekst na temat bluzki, gdzie ją można kupić, albo jak bardzo ucieszył fakt znalezienia jej w ulubionym kolorze. Nie oczekujmy od blogerów elaboratów na temat ewolucji świata, przecież blogerka nie ma czasu na czytanie książek.     

Tylko w pewnym momencie pojawia się problem. Jak to możliwe, że w gąszczu już znanych blogerskich pseudonimów oraz zatrzęsienia nowych blogów na polskich rynku, pozostaje się niezauważonym? Ten blog przecież nie jest gorszy od innych, co jest z nim nie tak? Może powinno być bardziej kolorowo, błyszcząco, a może wyzywająco? Pomóżcie! Jaką radę dalibyście takim początkującym, którzy wierzyli, że mogą zostać nową XYZ (tutaj wstaw ulubionego swojego blogera) a prawie się już poddali? Hm…

PS. Nie, nie o tym chciałam napisać swój pierwszy wpis na blogofilię.... Może następnym razem się uda…

piątek, 22 czerwca 2012

Dziś drugi gościnny wpis. Autorem jest bloger początkujący (na razie szkicuje), ale od dawna obserwujący blogosferę, iangrapher.

Zabieram się do napisania tej notki od dłuższego czasu, ale za każdym razem jej początek brzmi jak wstęp do spotkania AA: nazywam się Jasiek, jestem z Lublina, pierwszy raz piszę dla Blogofilii. Z racji że niezależnie jak bardzo się staram to to zdanie brzmi tak samo żałośnie, to po prostu postanowiłem darować sobie nudy i przejść do czegoś ważniejszego.

Temat, który chciałem poruszyć obcy się może okazać blogerom, nazwijmy to, szerzej rozpoznawalnym, acz nie musi. Pokora. Co? "Pokora"? Jaka pokora?! No właśnie, jaka pokora? Ostatnio doszedłem do wniosku, że żyjemy w świecie, w którym ta właśnie cecha jest nie tylko piętnowana, ale też uznawana za oznakę słabości i tępiona jak chwasty, w jak najwcześniejszym stadium.

Nie chcę tu wymieniać nazwisk, bo nie mam zamiaru nikogo urazić, więc za przykład posłuży mi Pani Popularna Blogerka. Pani Popularna Blogerka ma X lat, pochodzi z miejscowości X, a bloga założyła X lat temu (nie jest więc wynikiem wspomnianego wcześniej blogoszału). Pani Popularna Blogerka ma XXXXX wyświetleń bloga dziennie, firmy zabijają się o kilka bajtów miejsca na jej blogu, co drugi post to wpis sponsorowany i co chwila na blogasku pojawiają się "giwełeje". Pani Popularna Blogerka siada więc pewnego dnia przed komputerem, wchodzi na blogger.com i z radością i nieskrywaną dumą patrzy, na rosnące z każdą chwilą statystyki. To jest właśnie moment, w którym części blogerów/ek z delikatną czaszką przysłowiowa sodówa uderza do głowy. Coś się dzieje, coś się zmienia.

Na początku następuje faza zapatrzenia w trendy. Pani Popularna Blogerka jest jak pokemon- ze znanych sobie tylko przyczyn ewoluuje. Jest więc teraz Panią Bardzo Popularną Blogerką aka Wiem Prawie Wszystko. Zasłużenie czy nie, to już temat na inny tekst, więc zajmijmy się dalszym procesem. Każdy kto choć raz oglądał "Pokemony" wie, że na pierwszym stopniu ewolucja się nie kończy. Pani Bardzo Popularna Blogerka jeździ sobie po światowych fashion weekach, chodzi na pokazy, aż tu nagle BUM i tak jak Pikachu zmienia się w Raychu, tak Pani Bardzo Popularna Blogerka zmienia się w Panią Internetową Celebrytkę. Wszyscy znają jej imię, wszyscy wiedzą kim jest, wszyscy pamiętają jak zaczynała z wyjątkiem... jej samej właśnie. Pani Internetowa Celebrytka zapomniała, że kiedyś była tylko zwykłą, blogerką, która ze swoimi 124 fanami na facebooku nie mogła nawet próbować konkurować z Garance Dore, Scottem Schumanem, Rumi Neely czy choćby Ellin Kling (co smutne, w większości przypadków, nawet gdy jest już Internetową Celebrytką, nie dorasta im do pięt).

Nazwijcie to chaotycznymi wyznaniami młodego blogera, ale myślę, że tak się właśnie w blogosferze dzieje. Autorzy popularnych blogów uznają, że ich czytelnicy nie mają tego wspaniałego daru jakim jest dobry gust, nie potrafią sami logicznie myśleć, a wszystkie objawy ich sprzeciwu powinny zostać uznane za: a) przejaw zabawnego buntu b) zupełny brak logiki c) "hejtowanie".

Jasne, wszystko tutaj zostało wyolbrzymione i przerysowane, ale mam szczerą nadzieję, że ten tekst będzie katalizatorem, który rozpocznie dalszą dyskusję na ten temat.

Koniec.

czwartek, 21 czerwca 2012
Dziś pierwszy wpis gościnny autorstwa Olsteff. Serdecznie jej dziękuję, a Was zapraszam do czytania!

Wysyp blogów modowych nie jest nowym tematem, został już chyba omówiony z każdej możliwej strony i w każdym możliwym aspekcie. Ale czy z takiej perspektywy, jaką zaraz zarysuję?

W blogosferze jestem od niedawna, więc można mnie zaliczyć do tej fali. Jednak ja nie czuję się częścią tego po części negatywnego zjawiska. Spójrzmy na to racjonalnie - ile z tych blogów zostało założonych z pasji, a ile z chęci zysku? Moim zdaniem większością "blogerek" kierowała po prostu chęć zysku. Ostatnio bowiem znane twarze w blogosferze udzielają wywiadów do Elle, zasiadają w telewizjach śniadaniowych i opowiadają o cieniach i blaskach swojego zajęcia. (Od razu wyjaśnię - nie jestem przeciwniczką takich wywiadów, wręcz przeciwnie). Młode dziewczyny słysząc o darmowych ubraniach, wielkich pieniądzach, które można zarobić na prowadzeniu bloga, niemal od razu zakładają swojego. Gdyby zakładały i dodawały posty, byłoby to normalne. Ale, niestety...

Wpadają w szał (w blogoszał?) i zaczynają szukać firm, z którymi chcą nawiązać współpracę. Liczba wpisów na ich blogu nie przekracza 10, a jeśli wziąć pod uwagę również ich jakość... Lepiej nie będę kończyć. Oprócz firm ich e-maile otrzymują również znane blogerki, ich treść jest bardzo podobna - chcą dowiedzieć się od doświadczonych koleżanek jaka była ich recepta na sukces. Czasem zdarzają się również przypadki, że mama założyła córce bloga i próbuje ją wypromować.

Co mnie w tej sytuacji najbardziej smuci? Wśród gęstwiny takich blogów, giną te naprawdę wartościowe, których autorki (bądź autorzy) mogą stracić wiarę w sens realizacji swojej pasji. Osoby, które postanowiły wejść w blogosferę nie z chęci zysku, mogą czuć się przytłoczone liczbą nieszczerych blogerek, chcących spełnić swój american dream i być sławną i bogatą w darmowe ubrania.

To zjawisko mogę porównać do osób, które idąc chodnikiem, słuchają muzyki z telefonu bez słuchawek. Nie chcę używać tutaj słowa "żałosne". Dla mnie jest to po prostu smutne. Obserwując ludzi w autobusie czy wyprowadzając psa, czasem mam ochotę "walnąć face palma", ale w stosunku do tego zjawiska... Najpierw mnie to denerwowało, teraz, gdy odkryłam kulisy tego zjawiska, jest mi po prostu smutno. Smutno, że takie osoby również noszą miano blogerek, uważając swojego bloga za ósmy cud świata. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że takie osoby się wypalają psychicznie. Nie znajdując żadnej firmy, która chciałaby nawiązać z nimi współpracę, prędzej czy później dojdą do wniosku, że nadszedł czas na kliknięcie odpowiedniego przycisku, by usunąć bloga. Jednak blogosfera nie oczyści się do końca, bo w ich miejsce najprawdopodobniej powstaną nowe blogi tego typu.

 

Rys. Marta Tomczyk

czwartek, 07 czerwca 2012

Gdy zakładałam swój blog pięć lat temu, nawet sobie nie wyobrażałam, że kiedykolwiek dostanę zaproszenie na autentyczny i całkiem realny pokaz mody ani że jakakolwiek firma będzie chciała, żebym o niej napisała. Ba, gdy otrzymałam pierwszy zestaw informacji prasowych, byłam w siódmym niebie, że nie muszę pisać maila z prośbą o użycie zdjęć! O reklamach nawet nie wspominam, choć wciąż jeszcze ich u siebie nie mam i to się nie zmieni.

Podsumowując, nie przypuszczałam, że w blogach drzemie siła, którą z czasem projektanci i marki zaczną doceniać. Pisałam, bo lubię pisać, to wszystko. I - co istotne - to też się nie zmieniło. Po prostu zaczęły się pojawiać, nazwijmy to, bonusy. A wraz z nimi pokusy. Cytując klasyka, chodzi o to, by plusy nie przesłoniły nam minusów (a bonusy pokusów). Niestety to bywa trudne.


Pięć lat temu określenie "blogerka modowa" brzmiało mniej więcej jak "wiertarka udarowa" - wiadomo było, że istnieje, ale powszechna wiedza o tym, jak działa, była znikoma. Niestety w związku z tym, że niektóre z nas pokusom ulegają zbyt często, obecnie coraz częściej nabiera wydźwięku pejoratywnego. Nie mam zamiaru się tu wymądrzać czy pouczać. Po prostu mam wrażenie, że mnóstwo blogów powstaje teraz tylko i wyłącznie dla wspomnianych bonusów. Trudno się oprzeć pokusie, gdy czyta się o blogerkach, które zarabiają kilka lub kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, dostają gigantyczne paki ciuchów i są zapraszane wszędzie, gdzie tylko się da. Ale one też zaczynały od zera. Warto o tym pomyśleć, zanim wystosuje się list do dwudziestu różnych marek treści: "Właśnie założyłam bloga i mogę Was zareklamować".


Nie krytykuję blogów, które powstają w celach zarobkowych. Wręcz przeciwnie - podziwiam dziewczyny i chłopców, kobiety i mężczyzn za to, że im się chce. Że nie tylko piszą czy się fotografują, ale jeszcze tworzą autorskie kampanie reklamowe, organizują konkursy i poświęcają mnóstwo czasu na bycie jednoosobowym jury. Spore grono czytelników to docenia, a kolejne firmy tylko zacierają ręce. I tu dochodzę do sedna. Czy przypadkiem w ten sposób nie stajemy się narzędziem? Wspomnianą wiertarką udarową? Obawiam się, że brak równowagi może doprowadzić do sytuacji, w której tak się stanie. A co Wy o tym myślicie? 

P.S. Zamiana tematu. Widzicie rysunek powyżej? Autorką jest Marta Tomczyk - kobieta, która jako jedna z pierwszych uwierzyła w sens tego bloga. Dziękuję jej za to serdecznie!