przez blogerów dla blogerów
RSS
wtorek, 31 lipca 2012

Chyba nigdy się nie zastanawiałam nad blogerską zazdrością. Na problem zwróciła moją uwagę Modowianka - autorka dzisiejszego tekstu.

W dzisiejszych trudnych czasach z największą aprobatą lub dezaprobatą spotykają się nałogi. Wiecie to już nie ogranicza się do nikotynizmu, alkoholizmu czy narkomanii. Powstało mnóstwo innych, które niszczą głównie nasz charakter. Solidnym przykładem takowego nałogu jest zazdrość. Nie taka sobie zwyczajna zazdrość, bo blogowa zazdrość.

Spotykamy ją tutaj w naszym blogowym domu. W Internecie, który już dawno przestał być niewinną przepustką do świata. XXI wiek odciska piętno również na psychikach blogerek, których aspiracje nieraz są większe niż ich talent czy zaangażowanie. To wydaje się proste. Będę blogować. Będę sobie tak od czasu do czasu pisać. Będę "wery fejmes". Będę milionerką i nikt mi nie podskoczy. Tak właśnie wydaje się sporej części nowych blogerek, które chcą od razu zawojować świat, na starcie mieć 100000000 wyświetleń stron i drugie tyle współprac.

I właśnie przerost ambicji i rozdęte ego wprowadzają je między kuchnie, a salon. A te się gubią, bo minął miesiąc, a tu nie ma fanów na "fejsbuku" ani ogromnej rzeszy Czytelników bloga. Mamy złość. Pierwszy etap. Z bezsilności coraz częściej przeglądamy blogi innych, bardzo popularnych koleżanek. A w głowie trzepocze nam myśl: "Co ona takiego ma, czego ja nie mam ?!". I tu się zaczyna kolejny etap. Mamy zarodek zazdrości. Pierwszy podły komentarz napisany z "anonima", tak żeby wstrzyknąć sobie pierwszą dawkę, bo mała zazdrość już jej potrzebuje.

Ale jeden komentarz zaczyna nie wystarczać. Wciąż jest się na głodzie. No to zaczyna się. Kolejne i kolejne coraz podlejsze komentarze pisane na blogach "populersów". Mamy uzależnienie. Zazdrość potrzebuje jeszcze więcej dawek, więc jest decyzja - pierwszy donos. Jutro kolejny. Pojutrze jeszcze jeden. I tak staczamy się na blogowe dno.  

Po czasie jednak i to przestaje dawać nam frajdę. Trzeba zrobić coś gorszego, zacząć tańczyć na granicy. Tylko co ? Może włam na bloga ? Tak! W sieci jest przecież tyle hakerskich sztuczek. I teraz "ta popularna" będzie patrzeć jak jej blog chyli się ku upadkowi.

I tak właśnie osiągamy apogeum nałogu. Zazdrość nami kieruje. Kieruje naszym blogiem, któremu daleko do stanu: "dobry". Stracone. No właśnie, tylko co ? Miłość do blogowania ? Nie, przecież jej nigdy nie było. Szacunek? O tym czynniku nawet nie było słychać. A szkoda, bo to najpotrzebniejsze...

Chciałoby się powiedzieć dno i siedem metrów mułu.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Wszystko pięknie się układa, aż nagle zdarza się coś, co wybija nas z codziennego życia na tyle, że blogowanie schodzi na plan najdalszy (o ile w ogóle pamiętamy o czymś takim jak blogowanie). Różne rzeczy nas spotykają, cięższe i lżejsze, od oblania egzaminu do rozstania z miłością życia.

Nie będę wymieniać, niech sobie każdy wstawi to, co najbardziej mu pasuje. Mamy ochotę zniknąć na jakiś czas i wycofujemy się ze wszelkich sfer, w których możemy sobie na to pozwolić. Powstaje pytanie: czy zebrawszy grono wiernych czytelników, z którymi utrzymujemy kontakt niemal codziennie, możemy pozostawić ich bez żadnej informacji?

Do dziś przypomina mi się najsłynniejsze chyba zniknięcie niejakiej Agathe - autorki jednego z pierwszych blogów o modzie, Style Bytes. Przyzwyczaiła czytelników do regularnych wpisów, miała wyjechać na tydzień, nie wróciła nigdy. To znaczy - nie wróciła na swój blog. Nie chcę się rozpisywać, co działo się w sieci przez tych kilka tygodni, gdy śladu po niej nie było. Zaczęłam się wtedy zastanawiać, czy rzeczywiście blog narzuca nam zobowiązania wobec czytelników... I wyszło mi, że tak.

Żadna przesada nie jest dobra. Uwielbiam to zdanie i powtarzam je często. Zniknięcie bez ostrzeżenia - no cóż, mamy prawo, ale jedno czy dwa słowa (choćby "blog powróci w swoim czasie") naprawdę nic nie kosztują. Zwłaszcza że dziwnym trafem wyobraźnia ludzi korzystających z sieci bywa wyjątkowo bujna. Z kolei opisywanie swoich problemów zdrowotnych okraszone nad wyraz realistycznymi zdjęciami też niekoniecznie ma sens, zwłaszcza na blogu o modzie. No chyba że mamy ogromną ochotę podzielić się stylizacją z udziałem gipsu na naszej nodze (sama, gdy jeszcze prowadziłam Lookbooka nie mogłam się powstrzymać przed zdjęciem w bandażu na kostce, he he).

Bywa, że blogowy kryzys dopada nas bez szczególnego powodu. Pisanie przestaje sprawiać przyjemność, a wyszukiwanie świeżych informacji męczy nas niemożebnie. Moja rada? Nic na siłę. Odpoczynek jest ważny. Nawet jeśli to odpoczynek od hobby. Ile będzie trwać? Jeśli trzeba, niech to będzie nawet kilka miesięcy. W większości przypadków po takiej przerwie powrót do blogowania będzie stuprocentową przyjemnością.

I jeszcze jedno. Nie kasujmy bloga zbyt pochopnie. Choć czasem wydaje nam się, że to najlepsze wyjście, lepiej zastrzec dostęp niż brutalnie pozbywać się, jakby nie patrzeć, własnego dzieła. Bo dla nas może już nie mieć wartości, ale dla innych wręcz przeciwnie.

środa, 25 lipca 2012

Autorką dzisiejszego tekstu jest Aleksandra, prowadząca blog Psychologia Mody.

Latem za gorąco, zimą za zimno… czyli ulubione powody do narzekań w naszym pięknym kraju. Nie lubimy skrajności- arystotelesowski złoty środek jest tym czego potrzebujemy.

Podobnie jest z polskim świadkiem modowym. Jeszcze nie tak dawno, zaledwie kilka lat temu narzekaliśmy, że rynek mody w kraju żaden, że dziennikarstwo mało światowe, że brak młodych zdolnych, a stołki w branży okupują dinozaury mody. Ale wszystko się zmienia. Na każdą dziedzinę życia wpływają współczesne trendy społeczne- informatyzacja, globalizacja, McDonaldyzacja wszelkich sfer twórczości i działalności człowieka. Dzięki internetowi każdy ma swoją szanse, a zalew i mnogość informacji przyprawia o zawrót głowy. Możemy inspirować się i porównywać z ludźmi i ulicami całego świata- chcemy wyglądać tak jak oni. Niczym w McDonaldzie wszystko w naszym świecie ma być łatwe i szybkie- miłość, pieniądze, a także moda. Na naszym rynku powstało setki blogów, różnej jakości, ale pokazują to na co jest popyt- aktualna, dostępna dla mas moda.

Czy to dobrze czy to źle? Ja wierze w prawa rynku- jeśli jest na coś zapotrzebowanie, jeśli dany typ bloga budzi zainteresowanie, to właściwie dlaczego nie? Utylitarna, popularna branża odzieżowa też jest potrzebna, a wraz z nią blogi prezentujące flagowe trendy. Ja przeglądam je z ciekawością badacza oglądającego różne zjawiska w sieci, ale dla siebie i swojego poczucia estetyki mam ściśle wyselekcjonowane strony, gdzie dziewczyny prezentują fascynujące podejście do mody.

Według popularnej teorii nauka rozwija się według prostego schematu teza-antyteza-synteza. Moim zdaniem podobnie jest ze zjawiskami społecznymi- w tym wypadku z modą polską. Na początku mieliśmy brak zainteresowania tematem, czasem wręcz pogardę. Teraz jesteśmy na etapie zaprzeczenia i absolutnej rozbudowy tej dziedziny, aż do granic przesady. Wszyscy interesujemy się modą, chcemy  wyglądać tak jak „zagranica”. Przez zalew trendów, blogów i ekspertów od mody zanika sztuka i wyrafinowanie. Ale przyjdzie czas syntezy tych doświadczeń- docenimy jakość, prawdziwych znawców, zrozumiemy, że moda ma wiele odcieni. Myślę, że tak też będzie z blogami- czytelnicy też się rozwijają, blogi nastawione na zysk i mierną jakość przegrają z tymi wartościowymi, niosącego nie tylko formę, ale treść.

Rys. Nieoceniona Marta Tomczyk.

niedziela, 22 lipca 2012

Blogi o modzie to dosłownie kropla w oceanie blogów tematycznych. Może i się różnimy, ale tak naprawdę większość zasad dotyczy nas bez względu na specjalizację. I dziś chciałabym przedstawić kilka tekstów, które mogą być przydatne także dla nas, choć nas bezpośrednio nie dotyczą. Panie i Panowie, oto... 

Poradnik z podstaw blogowania - autorstwa Andrzeja Tucholskiego. Dwadzieścia trzy rady, które każdy bloger powinien wziąć sobie do serca.

O współpracy z blogerami - ogromnie ciekawy wywiad Maćka Budzicha z Iloną Patro - twórczynią Blogostrefy.

CeWEBryci są wśród nas - Ilona Patro po raz drugi. Wiedzieliście o czymś takim? Ja właśnie nadrabiam zaległości.

Casebook: Działania reklamowe w blogosferze - Natalię Hatalską podczytywałam, ale od tego momentu będę czytać regularnie. Polecam każdemu, nawet gorącym przeciwnikom reklam na blogach. Przy okazji chciałabym po raz kolejny podkreślić, że ja do przeciwników reklam wcale nie należę, choć takie sprawiam wrażenie.

Blogera lansu potrzeba - "(...) nie ma czegoś takiego jak zajebisty mało znany bloger. Nie ma. Jeśli ktoś jest zajebisty, to jest znany. Jeśli ktoś nie jest znany, to znaczy, że nie jest czytany, a jeśli nie jest czytany, to co mu do łba strzeliło, że chce być wysłuchany?" - czyli weteran brutalnie o samozwańczych ekspertach blogosfery.

wtorek, 17 lipca 2012

Wiem, wiem, apelowałam, żeby było pozytywnie. Odwlekałam ten tekst tak długo, jak tylko się dało. Ale już dłużej czekać nie mogę. Bo dzieje się źle. Ostrzegam, będzie mocno, więc jeśli ktoś ma słabe nerwy, niech sobie odpuści. Po tym tekście mam nadzieję przez wiele tygodni opisywać tylko fajne sprawy. Oby się udało!

Ponieważ wciąż jeszcze nie jestem zbyt rozpoznawalna nawet w kręgach tzw. modowych (i mam nadzieję, że to się utrzyma na zawsze) i w sumie zbyt wielu osób tam nie znam, bywa, że jestem komuś nowemu przedstawiana. Zwykle to brzmi: "Znasz Harel? Prowadzi blog o modzie". I od dłuższego czasu te słowa wywołują podejrzanie zbliżone reakcje osób stojących przede mną. I nie są to reakcje pozytywne. Jeśli jest to ktoś w branży istotny, zwykle oddala się czym prędzej. Jeśli mniej istotny, rzuca pogardliwe spojrzenie. Często też słyszę rzeczy, które do moich uszu docierać nie powinny. I zaczyna mi być wstyd.

By nie rozpisywać się za bardzo, chodzi o to, że o blogerkach nie mówi się dobrze. Jesteśmy interesowne, sprzedajne, bywa, że się prostytuujemy w różnych aspektach, także tym podstawowym (nie ja to wymyśliłam - zasłyszane, przeze mnie tylko ubrane w kulturalne słowa). Że się nie znamy na modzie za grosz. Że pozjadałyśmy wszystkie rozumy i tylko kasa nam w głowie. Że uważamy się za wyrocznie mody trzy razy lepsze niż Anna Wintour. Zresztą przecież ona jest stara i brzydka, a my młode i piękne. Że się wszędzie pchamy. Że dla występu w telewizji albo darmowych butków zrobimy wszystko, czego klient sobie życzy. I że to my pochłaniamy większość darmowych drinków po pokazach mody (no dobra, do tego akurat trochę się przykładam...). I nie mówią tego anonimy spod naszych tekstów. Mówią to całkiem realni, widoczni i spotykani na co dzień ludzie, których twarz nierozerwalnie związana jest z nazwiskiem.

W powyższym akapicie nie pojawiło się ani jedno podrasowane zdanie. Skąd takie opinie, zapytacie. Czyżby nam zazdrościli? Czyżby się nas bali? W końcu stanowimy tak poważną konkurencję dla całego świata mody, że od dawna powinien zbierać siły na z góry przegraną wojnę z nami, wielkimi, wspaniałymi i nieomylnymi blogerami.

Prawda niestety jest znacznie bardziej przyziemna. Nie jesteśmy ani wspaniali, ani nieomylni. Za to robimy wszystko, by opinie z akapitu numer trzy miały odzwierciedlenie w rzeczywistości. Wiadomo, nie wszyscy, ale chciałabym podkreślić tym jedną niezwykle istotną rzecz. Blogerzy modowi są ujęci w jeden nawias. Bez względu na to czy piszą, czy pokazują swoje stylizacje, bez względu na to, czy zarabiają na blogu, czy na nim tracą. I wierzcie mi, ludzie nie mają ani czasu, ani ochoty, by jakkolwiek nas rozgraniczać.

Jak to wygląda z zewnątrz? Ot, parę idiotek o narcystycznej osobowości postanowiło stać się internetowymi celebrytkami. Jedna wrzuca zdjęcia, inna mądrzy się pod plątaniną wyrazów. Sprzedają się szybko i skutecznie. Konkursy, nagrody, banery, teksty sponsorowane... A czytelnicy stają się na tyle podejrzliwi, że nawet w rozmazanym szyldzie pojawiającym się przypadkowo na zdjęciu dostrzegą kryptoreklamę. Bo przecież na blogach nie ma przypadków, czyż nie? Sprzedajemy sobą wszystko, nawet kota na dachu, który przypadkiem się w kadrze zaplątał.

Niestety przychylnie do nas nastawionym firmom odzieżowym i pokrewnym też za bardzo nie pomagamy. Stawiamy absurdalne wymagania, nie odpisujemy na maile, jesteśmy opryskliwe, co więcej, jedna drugiej potrafimy podłożyć niezłą świnię w drodze do upragnionego celu. Nie wierzycie? Zazdroszczę Wam w takim razie błogiej nieświadomości. Nie chodzi przecież o to, że zarabianie na blogu jest złe. Mam nadzieję, że to jasne. Chodzi o podstawowe zasady współpracy, które są łamane nie tylko przez Chłopców PR-owców. Ba, o ile Chłopcy potrafią wziąć do siebie uwagi i wciąż pracować nad lepszą komunikacją z nami, o tyle my coraz bardziej się rozbestwiamy. Dociera do mnie mnóstwo negatywnych przykładów. Nie piszę konkretnie na prośbę informujących. Zresztą nie muszą mnie prosić, tu nigdy palcem nikogo nie wskażę. I Was też o to gorąco proszę, gdy będziecie chcieli coś napisać pod spodem.

Gdy tylko pojawi się wieść o jakimś pokazie, skrzynka mailowa organizatora natychmiast zapełnia się setkami (tak, nie pomyliłam się, setkami) wiadomości z błaganiem o zaproszenie. Przyznam się, sama kilka razy w życiu napisałam tego typu prośbę, na jedną odpowiedź czekam już ponad rok (w międzyczasie odbyły się już ze trzy pokazy tego artysty), ale coraz mniej dziwi mnie jej brak. Gdy zaproszenie czy akredytacja nadejdzie, wykłócamy się, że tak naprawdę nie jesteśmy blogerkami, tylko prasą. Gdy dostaniemy przepustkę prasową, krzyczymy, że przecież jesteśmy VIP-ami. A gdy dostajemy "vipa", okazuje się, że w hierarchii istnieje jeszcze "gold vip" - więc do dzieła!

Nie wiem, czy wysnuję dziś jakikolwiek wniosek oprócz tego, że mi wstyd. Przyznam Wam się, że nie za bardzo wiem, co robić. Nie zależy mi na żadnej pozycji towarzyskiej. Ale zależy, by być jak najbliżej polskiej mody. I boję się, że jak tak dalej pójdzie, będzie mi coraz trudniej tę bliskość utrzymać. Bo blogerów nie wita się już zawsze z otwartymi ramionami (nie wspominam o wyjątkach, generalizuję). A być może niedługo będzie się zamykać im drzwi przed nosem. I co wtedy?

poniedziałek, 16 lipca 2012

Katarzynable pyta. Może jej odpowiemy?

Zapewne nie jestem najstarszą żyjącą czytelniczką blogów, natomiast od lat prowadzę wnikliwe obserwacje tej oto sfery. Blogosfery.

Wszyscy wiemy, że blogi to doskonała rzecz – proste w obsłudze narzędzie, które pozwala na dzielenie się ze światem myślami, zainteresowaniami, emocjami lub też własnym życiem – to już w przypadkach ekstremalnych. Jak wspomniałam wyżej, blog to narzędzie, które może komuś innemu się przysłużyć i go zainspirować. Gdyby nie blogi nie wiedzielibyśmy nic ani o Endo Agacie Nowickiej czy o Natalii Hatalskiej, nie byłoby wywiadu z Zimnem i wielu innych postaci tak bardzo zasłużonych dla polskiej blogosfery.

Blogowanie pozwala zaistnieć, trzeba jednak umieć to wykorzystać.

Dlaczego w przerażającej większości nudzą mnie blogi modowe? Ponieważ ja sama nie mogę niczego się z nich dowiedzieć. Mało tam treści, jeszcze mniej inspiracji. W większości służą one do napawania się sobą samym oraz swoim dopracowanym outfitem. Jakiś czas temu ta kwestia byłaby dla mnie niezauważalna, ale pewne zlecenie zmusiło mnie do szukania inspiracji – chciałam się dowiedzieć, jak pisać o modzie, a przy okazji dowiedzieć się, co jest modne. Niestety spotkał mnie duży zawód, bo oprócz perełek, które mogę policzyć na palcach jednej ręki, w wykonaniu tego zadania polskie blogi o modzie mi nie pomogły. Natomiast stanęła przede mną otchłań narcyzmu, samozadowolenia i nijakości. Oprócz nie lubianego przeze mnie bloga Kasi Tusk, który mnie nie porywa, ale czytam go z ciekawości i nie mam z  tym problemu, mało jest na blogach polskich szafiarek postów o tym, jak się fajnie ubrać, co zrobić żeby zatuszować mankamenty, gdzie szukać ciekawych rzeczy – czytelnik powinien skupić się raczej na podziwianiu oraz podziwianiu danej blogerki. Zmęczyło mnie to, przyznam szczerze.

Podobno w Social Media mówi się o tym, że 2012 to czas kiedy będziemy usuwać to, co nas nudzi, co powoduje, że czujemy się zmęczeni i przytłoczeni. Ze smutkiem przyznaję, że ja już  jestem na etapie usuwania świeżo, co dodanych profili na facebooku. Gdybym miała ochotę kogoś podlinkować, zrobiłabym to z nieprzymuszonej woli. Jeśli chcę oglądać serial, to go oglądam i nie potrzebuję o tym informacji na moim wallu...

Jeszcze jedna ciekawa obserwacja na zakończenie – skoro mamy tyle wspaniałych blogerek oraz blogerów czy też szafiarek i szafiarków (?!), iż ich listy uginają się od kolejnych blogów, to dlaczego mieszkając w dużym polskim mieście, tak mało widzę ciekawie ubranych ludzi na ulicy? Gdzie się podziewają te wystylizowane dziewczyny oraz odpicowani chłopcy? Szykują kolejne stylizacje? Układają kolaże? Tworzą kolejne portfolia? A może wklejają ci kolejnego posta z Anną Dello Russo na Facebooka…?

sobota, 14 lipca 2012

Ponownie witamy Ka Bajor! Tym razem trochę o spoglądaniu nieco dalej niż na czubek własnego nosa ;).

Przeczytałam ostatnio wiele notek poruszających temat braku traktowania blogerów indywidualnie. Jestem początkująca w tym temacie i może tylko dzięki temu mam świeże spojrzenie na tę, wydaje mi się, trochę roszczeniową postawę.

Nie rozumiem fenomenu wyśmiewania na swoich fan-page’ach listów od firm oferujących współpracę z powodu na przykład otrzymania propozycji adresowanej per „i tu nazwa bloga.” Po pierwsze, takie listy chyba powinny pozostać tajemnicą, a po drugie, blogerzy często nie przedstawiają się swoim imieniem tylko tytułem strony którą prowadzą, także takie sytuacje nie powinny chyba dziwić, że jesteśmy utożsamiani z marką, którą sobie sami wykreowaliśmy..

Wiadomo, że każdy chce być traktowany z szacunkiem, ale nie popadajmy w skrajności i nie obrażajmy się za niedopasowaną ofertę, wystarczy grzecznie podziękować za współpracę, a nie robić szum wokół swojej osoby. Powiem więcej, warto czasem wyjść z siebie, stanąć obok i popatrzeć na daną sytuację z innej perspektywy niż czubek naszego nosa. Bo pewnego dnia możemy znaleźć się na po drugiej stronie medalu, i będziemy musieli przyjąć nowe zjawisko, z nowym podejściem i gwarantuję, że nie wszystkie nasze próby będą od razu udane.

Ze względu na fakt, iż blogowanie stało się super modne i każdego dnia powstają dziesiątki nowych blogów modowych, w oczach osób, które są w tej branży od kilkunastu/kilkudziesięciu lat, jesteśmy jedną wielką, anonimową, raczkującą jeszcze grupą, która rośnie w zastraszającym tempie. To może deprymować.

Stąd mój apel, żebyśmy mieli w sobie trochę więcej pokory, szacunku, chęci do poszukiwania nowych rozwiązań i nauki od siebie nawzajem.



poniedziałek, 09 lipca 2012

Pośród blogowych wpisów już od kilku lat znajduję takie, które zostają ze mną na dłużej - nawet tylko raz przeczytane. Skłaniają do refleksji, pomagają w dalszym działaniu. Mam zamiar wrzucać tu w miarę regularnie linki do takich publikacji. Dziś porcja numer jeden. Może niepierwszej świeżości, ale co z tego?

Będąc młodą szafiarką - wciąż aktualny tekst autorstwa Ryfki, pierwszej szafiarki Rzeczpospolitej Polskiej. Pochodzi z czasów, które wspominam z niejakim sentymentem. Blogerek było tyle, co kot napłakał, dzięki czemu czułyśmy się jak dzieciaki z jednego podwórka.

Słownictwo branżowe - kilka miesięcy temu Venila zwróciła uwagę na coś, co wkurza wielu, ale niewielu decyduje się o tym mówić. Warto przemyśleć sprawę, zanim zacznie się pisać o kolejnej parze wedgesów w kolorze blue.

O języku. Bez masturbacji - Tattwę uwielbiam, a jej refleksje z dziedziny komunikacji międzyludzkiej (matko, jak to brzmi!!!) jeszcze bardziej. Zasady są po to, żeby je łamać. Ale żeby łamać zasady, trzeba je najpierw świetnie poznać.

Mały biznes z blogerem - Pijaru Koksu o współpracy z blogerami i o tym, jak nie zawalić sprawy na starcie. Dobrze, że powstają takie artykuły.

Klawe jest życie blogera? - zwróćcie uwagę na znak zapytania. Kolejne spojrzenie z dwóch stron na raz. Tytuł równoważą następujące słowa: "Blogerzy zatem, jeśli coś konkretnego chcą osiągnąć powinni przemyśleć swoje nastawienie do świata – i zejść trochę z piedestału „jestem bloger i wszystko mi wolno, cały świat należy do mnie”. Ha!

niedziela, 08 lipca 2012

Słowo skleciła Justyna, part-time blogerka, tworząca Wizerunkownię (wizerunkownia.net i wizerunkownia.blogspot.com).

W dawnych, dawnych czasach, gdy nie było jeszcze sprzętu I - podobnego (wprost z ang. "ja", co w mojej opinii - o ironio - doskonale wyraża, jak bardzo dzisiaj "I" i samotni jesteśmy), możliwość wykonania jak najlepszego zdjęcia było priorytetem (a w czasach kliszy to już był w ogóle kosmos, bo jeszcze trzeba się było na tym znać!), z wakacji przywoziło się kilka zdjęć, kamyki, muszelki, papierki po lokalnych słodyczach i pocztówki (zwłaszcza, jak ktoś nie miał ręki do zdjęć). W oparciu o ten różnorodny materiał dowodowy, siedząc z przyjaciółmi twarzą w twarz, snuło się bogate (i wzbogacane) opowieści o bajecznych podróżach i niezwykłych przygodach.

Szybkość informacji, jej zdawkowość, migotliwość obrazu, ciągły przymus pop-up... Zanika kultura języka. Dzisiaj mało komu chce się opowiadać. Przerzucamy tylko zdjęcia robione i odtwarzane niemal w tempie klatek filmu animacyjnego. Dzisiaj to już nawet sam sprzęt ma wybierać ujęcia. Masz, patrz, wiesz. Było fajnie. Opcjonalnie dorzucona piosenka "dla klimatu". Tyle, że nikt tego nie kupuje.

Na to pojawił się cudowny lek – Instagr.am. Kliszowa rameczka, przekłamany histogram, winieta i pojawia się zdjęcie po staremu nieudolne, nieostre, poprzepalane, które kiedyś nikomu by się nie podobało, a dzisiaj daje smaczek vintage-pastelowych wspomnień z wczorajszego przejazdu cuchnącym autobusem, tudzież spożycia lodów z wielkopowierzchniowca w cenie 69gr, które jemy codziennie. I tak oto "czytelnik" otrzymuje naoczny dowód o każdym kroku blogera, także temu blogerowi często nawet nie chce się już podpisywać kompilacji 15 zdjęć. Przecież wszystko jasne. A nawet jak do tego napisze normalnego posta, to prawie nikt nie przeczyta, bo po co się wysilać, skoro wszystko jasne. W dodatku podane w przemielony, pastelowy, przewidywalny sposób.

Tak naprawdę nic nie jest jasne. Sami sobie odbieramy możliwość podzielenia się naszymi przeżyciami. Stokroć wolę opis "Siedzę z przyjaciółmi w kawiarni. Właśnie podano mi trójwarstwową kawę latte z nutą orzechowo-waniliową. Ma rozkosznie kremową piankę, dodatkowo skropioną sosem toffi, który smakuje identycznie jak moje ulubione w dzieciństwie krówki. Spędzę tutaj idealne 60 minut" niż zdjęcie kawy jako takiej z dopiskiem "lunch".

sobota, 07 lipca 2012

Witam! Jestem blogerką modową i mogę zareklamować Wasze ciuszki. Wystarczy, że wyślecie mi kilka rzeczy, które sobie wybiorę, a ja napiszę o Was na moim blogu. Drugie tyle przeznaczę na konkurs. Dopiero zaczynam i nie mam dużo obserwatorów, ale liczę na udaną współpracę.

Kuriozum? Niestety ani trochę. Czy na tym maja polegać blogi o modzie? Czy zakłada się je obecnie tylko po to, by brać, brać i jeszcze raz brać? Bo na blogu można zarobić? Bo blog może nas ubrać od stóp do głów?

Witamy! Jesteśmy młodą marką odzieżową. Chcielibyśmy zaproponować Ci współpracę. Wyślemy Ci dwa pierścionki o wartości 10 zł. Jeden dla Ciebie, drugi na konkurs dla Czytelników. Liczymy na pięć postów na blogu z pierścionkiem i linkiem zwrotnym oraz polecanie nas przez miesiąc na Facebooku. Liczymy, że będzie to satysfakcjonujące dla obydwu stron.

A tu druga strona medalu. Blogerki (i blogerzy) to według wielu firm tanie i skuteczne narzędzie marketingowe. Za dowolny przedmiot, czy to będzie mydło, czy komórka, będą wychwalać markę pod niebiosa. Zorganizują konkurs, nagonią tysiąc fanów na Facebooku, zrobią piękne zdjęcia...

Pisałam u siebie i o Chłopcach PR-owcach (i wierzcie mi, drodzy Chłopcy, nawet jeśli byłam złośliwa, robiłam to w dobrej wierze i będę robić nadal) i o młodych wilkach, którzy niewiele jeszcze umią (błąd celowy, gdyby ktoś znów chciał się przyczepić). Znam sprawę dość dobrze z dwóch różnych punktów widzenia. I dziś nie chciałam krytykować ani jednych, ani drugich. Dziś chciałabym się zająć równowagą między blogerskim "być" a "mieć".

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy dostałam coś w związku z blogiem. Może byly to spodnie, które pokazałam na Lookbooku? Zobowiązań nie było żadnych, spodobały mi się, więc poczułam, że fajnie będzie je pokazać. Oczywiście przypuszczałam, że to taki trik, ale dopóki coś mi się podoba, niech sobie triki działają.

Jedna sprawa jest dla mnie najważniejsza. Nie zatracić w tym wszystkim siebie, swoich upodobań, gustów, przekonań. Nie naginać się nigdy, innymi słowy nie kłamać. Mam taką zasadę, której trzymam się niezmiennie. Piszę tylko o rzeczach, które mnie przekonują, które mi się podobają, o których moim zdaniem (subiektywnym) warto wspomnieć. Jeśli coś za to dostaję, super. Jeśli nie (a zdarza się to w większości przypadków, wierzcie lub nie - i wcale nie uważam się za frajerkę), tragedii nie ma. Według mnie chodzi o to, żeby w pewnym momencie nie okazało się, że mamy totalnie zamydlone oczy. I już sami nie wiemy, co nam się podoba, a co nie. A gdy widzę, jak powstaje blog zamydlony na starcie, troszkę się boję, co to będzie...

Co i rusz w sieci pojawia się dyskusja, czy bloger, który bierze za wpisy pieniądze czy nawet współpracuje na zasadzie barteru, jest autentyczny. Myślę, że nie ma jednej odpowiedzi. Że każdy sobie musi odpowiedzieć na to indywidualnie. Ja siebie uważam za autentyczną, ale zdaję sobie sprawę, że nie mnie to oceniać. 

A Wy macie zdanie na ten temat? Gdzie leży Wasza granica między "być" a mieć"?

Rys. Boska Marta Tomczyk

 
1 , 2